VADER




Wywiad z Peterem przeprowadzony przed klubem "Akwarium" w Warszawie. Rok 1991.
(spisane bezpośrednio z taśmy)
 

Jak to było, jak się zaczęło?
Działalność Vadera ja zawsze liczę od września 1986r., czyli od momentu, kiedy mieliśmy stały skład i zrobiliśmy pierwszy porządny program, z którym zaczęłiśmy sie pojawiać w klubach.
Tak załapaliśmy się na "Metalmanię" w 1986, gdzie sukces odnieśliśmy jednostronny, ale za to najważniejszy dla nas.
Bo publiczności podobaliśmy się, zaś organizatorzy nie zauważyli nas.
Nasza nazwa pojawiła się na rynku, wzbudzając zdziwienie, że tak można grać i to na północy.

Jestem obecnie jedynym muzykiem, który został z pierwszego składu. Współzałożyciel gra teraz z Raxas.
Dwa lata, 1986-1988, to w zasadzie przebimbaliśmy, potem przyszły mniejsze festiwale, ja zacząłem śpiewać.
W 1989r. nagraliśmy "Necrolust" - pierwsze oficjalne demo - które stało się jakby cezurą w naszej dotychczasowej działalności. Zaczęło się dużo dziać. Do tej pory dostaję listy z Zachodu, w których ludzie dziwią się, jak takie demo mogło zostać nagrane w Polsce.
To trochę dziwne, ale pochlebne dla nas, że mimo że takie zespoły, jak Turbo, Hammer, Dragon, które wydają płyty na Zachodzie, to scena polska jest identyfikowana z Vaderem i Imperatorem.

Pierwsza taśma - nagrania z próby i koncertu w 1988r. - nie była materiałem promocyjnym i nie uważam jej za coś oficjalnego.

Potem był Ciechanów, gdzie graliśmy już z nowym basistą i gdzie spotkaliśmy Mariusza Kmiołka - naszego obecnego managera.
A 1991r. to już zwrot w historii kapeli: taśma "Morbid Reich", profesjonalny management, kontrakt z earache, pochlebne recenzje z całego świata. Było to dla mnie spore zaskoczenie, biowiem "Morbid Reich" było nagrywane "na wariata", mieliśmy problemy z próbami, większość rzeczy zrobiliśmy w domu "na sucho", zgrywaliśmy w WDK-u.
Musieliśmy zmieścić się w trzech dniach. Docent, na przykład, miał na zgranie bębnów tylko jeden dzień.

Do imprezy "Sthrashydło'91" graliście w trójkę.
Skąd nagle ta zmiana, drugi gitarzysta, czy była to decyzja chwili czy przygotowywałeś się do jej podjęcia od dawna?
Gitarzysty szukałem od dawna, ale znaleźć odpowiedniego człowieka nie jest łatwo.
W zasadzie ludzi dobrze grających na gitarze to znalazłbym paru, ale chodziło nam o to, by kochał tę muzykę tak, jak my, by był opętany nią. Szukaliśmy przyjaciela, spokojnego w życiu, żywego na koncercie.
Znalazłem go na festiwalu w Kętrzynie.
Grał z Impurity, ale sposób w jaki to robił - a znał instrument od niedawna - zadziwił mnie.
Jest bardzo zdolny i pracowity.
Na scenie żył cały czas, jego głowa fruwała non-stop.
Mówimy na niego Chomik.
Jest lepiej grać w czwórkę, choć trudniej.

Słyszałem opinie, że nie jesteś zbyt demokratyczny, jeśli chodzi o podział pracy i opinii w zespole.
Jesteś egocentrykiem, żeby nie powiedzieć tyranem. Czy to prawda?
To przesada. Są momenty, kiedy mam określoną koncepcję i chcę, by tak było. Ale jeśli ktoś wykazuje pomysłowość - jak to ma miejsce często - to nie ma sprawy. Tworzymy utwór w wersji ramowej, a wszystkie zmiany są następnie systematycznie nanoszone.
Może tak niektórzy sądzą, bowiem tak sie ustaliło, że jestem liderem, bo jestem od początku, to moje są wszystkie utwory.

Jak łączysz funkcje gitarzysty i wokalisty. Podjąłeś się tego z wyboru, po odejściu wokalisty, jakim kosztem?
Śpiewanie ograniczam faktycznie do koncertów. Teraz kupiłem sobie nowy instrument, Mariusz odciążył mnie prowadzeniem korespondencji, więc mam czas, ponadto zmuszony jestem kontraktem by przysiąść i pracować nad sobą.
Dla mnie wokal jest bardziej instrumentem niż motorem przekazu, choć treść jest ważna z punku widzenia duchowego. W tym stylu muzyki o takim sposobie śpiewania ciężko jest wychwycić główną myśl. Ludzie znają teksty z pism, wkładek, one charakteryzują się powtarzającymi się słowami. To są takie środki wyrazu. Ludzie pod sceną czekają na fragmenty charakterystyczne, które pobudzają ich do działania.
Zaklęcia wychodzą z ust wielkiego kapłana, a kapłan może być tylko jeden, stąd brak kilku wokali w naszej muzyce. One mogą się pojawiać, ale tylko jako wzmocnienie, krzyki, ryki... efekty wokalowe.

Małe koncerty nie oddaja prawdziwego Vadera, to nie to, co duże imprezy. Myśle o jakości brzmienia.
Duży koncert ma swój charakter, ta przestrzeń.
To, jak zebranie, sabat.
Jak w Jarocinie.
Noc, księżyc potem świt.
Jest specyficzna atmosfera, w której i my i publiczność czuje się świetnie.
Lubię jednak grę w małych klubach, takich na tysiąc osób, gdzie atmosfera jest bardzo rodzinna.
Jakość techniczna to jest zupełnie inna sprawa.
To jest wielki błąd koncertów w Polsce.
Nawet na "Metalmanii" nie mogę powiedzieć, że było to przygotowane tak, bym był zadowolony.
Małe kluby nie maja ani pieniędzy, ani sprzętu, muzycznie wszystko brzmi tragicznie, słyszy się jedynie jeden wielki huk.
Nie wiem, kto wymyślił od dawna istniejące hasło, że "A wy heavy metal gracie to wy nie musicie mieć dobrego sprzętu".
To jest wręcz odwrotnie!
Naprawdę ciężko jest zachować selekcję i by to ładnie wszystko brzmiało a jednocześnie, by było potężne - przecież to podstawa tej muzyki!
Ostatnio, na przykład w Rosji, graliśmy trzy koncerty: pierwszy w "małej" sali na 2,5 tysiąca ludzi, drugi w dużej hali "Izwiestii" na gdzieś 7 tysięcy osób, a ostatni w moskiewskim parku Gorkiego dla ponad 10 tysięcy ludzi.
No to to jest szok, kiedy jedzie sie do kraju biednego, ja wychodzę na scenę, gram i nie mam żadnych pytań!
Akustycy mili, usłużni, nie znają utworów, muzyki a wiedzą kiedy, co zgłośnić, jak ustawić.
Świetne nagłośnienie, nie ma huku, ile bozia dała, nie ma tak.
Nawet przygotowanie sceny czy całej sali jest zawodowe.
W parku Gorkiego na przykład: ponad godzinę goście myli wodą beton przed sceną, by nie było kurzu.
Nie ma żadnego kabla na scenie...
Tam człowiek przyjdzie, pobawi się i posłucha muzyki, a tu - kupa to taka, nic nie słychać, nic nie widać i jeszcze pieniądze za to biorą.
Ten, kto przyjdzie następny raz, woli kupić sobie kasetę i posłuchać w domu.
I w mordę nie dostanie...

To wiele ryzykujecie, grając na takich imprezach, myśle tu o waszej renomie, popularności...
Granie koncertów jak najczęstsze jest potrzebne; potrzebne choćby dlatego, by pokazać się innym ludziom.
Zawsze chcemy pokazać się z jak najlepszej strony, ale często aparatura na to nie pozwala.
Po przejściu pod skrzydła Mariusza Kmiołka i Carnage Records a wkrótce i Earache nie będziemy mogli sobie pozwolić na to, by grać na źle przygotowanych koncertach.
Druga sprawa - małe koncerty wiążą się z mniejszymi zarobkami, wręcz ich brakiem.
Na to można sobie pozwolić dorabiając, pracując, ale my wszyscy jesteśmy na garnuszku rodziców i żyjemy z tego, że gramy w Vaderze.
Więcej jeszcze się w niego wkłada niż wyciąga.
Jeśli ludzie chcą, żebym dał im satysfakcję, żeby to ładnie zabrzmiało, to ja muszę w ten sprzęt inwestować.
Ostatnio kupiłem  jeden efekt do gitary - dwie bańki!
Profesjonalizm wiąże się z zarabianiem pieniędzy.
To nawet jest lepiej, bo jeśli dostajemy pieniądze to to nas pobudza do tego, by grać lepiej.
Będziemy grać mniej koncertów, ale za to lepszych, perfekcyjnych.

Co ze scenografią, waszym image? Przecież to prawie że dodatkowy instrument?
To jest bardzo ważna sprawa dla nas i dla tych maniaków pod sceną.
Gdyby nie było gestów, tego stroju, symboli, to to by było nieodebrane.
A tak to działa na ludzi, chcąc nie chcąc, człowiek ma zmysł i to odbiera.
Ta muzyka jest ekspresyjna od początku do końca.
Image, zachowanie na scenie, ta brutalność, światła są bardzo ważną sprawą.
Nie ma mowy o światłach wtenczas, gdy nie ma dymów.
Jak są dymy to światło się wtedy ładnie komponuje, układa w obrazy, kiedy jest taka mgła.
Chcemy to mieć, choć pieniądze - jeśli jakieś będą z płyty - i tak przeznaczymy na sprzęt grający.

Dlaczego druga gitara?
Miała wzbogacić brzmienie, zbrutalizować je do maksimum.
Ponadto chciałem, by nasze brzmienie na koncertach nie odbiegało od studyjnego, gdzie dogrywam gitary.
Ludzie uważają, że jest świetny a jego zachowanie dla niektórych jest szokiem.
Zupełnie inaczej wygląda scena, gdy z przodu stoi trzech ludzi, a nie dwóch, rzucających się w agonii, biegających.

Jesteście obecnie uważani za najlepszą polską kapele undergroundową.
Czy wasz sukces może się przyczynić do powstania niezależnej sceny undergroundowej z prawdziwego zdarzenia, konkurencyjnej dla "stajni" Dziubińskiego?
To już się zaczęło dziać.
Takie wydawnictwa, jak "Thrash'em All", firmy Carnage Records, promocja ALF-a i Radia "S" to potwierdzają.
Jednak w większym wymiarze boję sie o stan polskiej kultury.
Ta zasada, że "Włożyć, by się zwróciło i zarobić" nie jest w naszej sytuacji najodpowiedniejsza.

Zdradź kilka szczegółów dotyczących debiutanckiej płyty?
O producencie i studiu niewiele jeszcze mogę powiedzieć.
Chcielibyśmy nagrywać albo w Szwecji - w Sunlight Studio - bądź w Niemczech.
Miksować chcielibyśmy na Florydzie, w Morrisound Studio.
Płyta zawierać będzie pięć starych numerów i pięć zupełnie nowych, które kończymy właśnie przygotowywać.
Jeden numer dodatkowy będzie zrobiony specjalnie na kompakt.
Kontrakt podpisaliśmy na - w zasadzie - jedną płytę, tyle że, jak się sprzeda to zostanie przedłużony na następne dwie.
Jeżeli uda nam się dobrze wyprodukować tę płytę, co też powoduje ciągłe stresy w moim organizmie, nie dostaniemy bowiem dużo pieniędzy na tę płytę, tyle, ile zwykle normalnie kapela z Earache.
Boję się cały czas o to, że my będziemy musieli zrobić taką robotę - którą taki Morbid Angel robi w ciągu dwóch tygodni - w ciągu paru dni. Nasza muzyka zawiera dużo dogrywek, smaczków, że nie możemy wejść i przejść, jak walec.

Jak będzie wyglądać okładka, jaki będzie tytuł płyty?
Tytuł będzie brzmiał: "The Ultimate Incantation", natomiast co do oprawy graficznej to zostawmy jeszcze czytelników w niepewności.

Co z promocją i możliwością zdobycia tego wydawnictwa przez naszych fanów?
Earache to dobra firma. Po pojawieniu się płyty na rynku, rozpoczyna się trasa promująca, można więc się spodziewać, że zagramy w Europie, jako support dla znanych kapel. Będzie to dużo koncertów, a co to znaczy to już chyba wiecie.
Każdy z nowych zespołów ma swój teledysk promocyjny w MTV.

Pomówmy o tekstach, które krążą wokół spraw religii, Dobra i Zła, smierci i życia, okultyzmu i satanizmu.
Czy pamiętne afery z Jarocina '86 odbiły się jakoś na waszej dalszej karierze?
Społeczeństwo według opinii publicznej to 98% katolików - dla kogo więc śpiewacie?
Jeżeli mówimy już o prawdzie, katolikach, katolicyzmie polegającym na tym, że noszę złoty - to konieczne! - krzyżyk, a prawdy oparte na dziesięciu przykazaniach systematycznie łamię.
Chodzą co niedziela do kościoła, idą do spowiedzi, gdzie ksiądz daje im rozgrzeszenie, więc idą i robią dalej to samo.
Śmierć jest w zasadzie tematem tak codziennym i nierozerwalnie związanym z życiem, poza tym jest to temat pasujący do naszej muzyki i do naszych zainteresowań, stylu naszego życia.
Ja siedzę w necronomice, czytam zaklęcia.
Teksty pisałem do spółki z kumplem Adrianem z Wrocławia.
Do nowej płyty piszę tylko ja teksty, to będa przemyślenia.
Śmierć i roztrząsania czy Niebo jest Piekłem czy Piekło Niebem.
Nie ma czystej formy Dobra i czystej formy Zła, w każdej istocie tkwią te dwie formy.
My nie mamy tekstów prostych, które mają budować nastrój na zasadzie słów.
To nie są pewne historie, hasła i przedstawione społeczeństwo, jak to ma miejsce w przypadku kapel punkowych i hardcorowych.
Bardzo duży margines zostawiony jest dla wyobraźni odbiorcy.
Podobnie jest z okładką "Morbid Reich" - tu nie ma trupa z flakami, trzeba ruszyć wyobraźnią.
Są elementy, które tak, jak układanka z wyrazów, których anagramy coś znaczą.
My nie idziemy za modą, gramy to, co czujemy!
Nie możemy traktować wszystkich śmiertelników na zasadzie ludzi tępych, którym trzeba powiedzieć "A", "B", dać im trochę do myślenia, połaskotać ich po tej korze mózgowej, odkryć obszary do tej pory nie objęte poznaniem.
Jeśli człowiek jest opętany - mówię to i w przenośni i dosłownie - taką muzyką, czuje się dobrze nocą, gdy jest księżyc w pełni - to pomaga jego duszy, stwarza, że on rośnie wewnętrznie - to będzie żył tym.
A człowiek, który to robi na zasadzie mody, szybko zmieni zainteresowania.
Ja słucham death metalu, to jest dla mnie tym pokarmem, ale to nie znaczy, że będę nie tolerował innych gatunków, nie...
Nie będę wydawał oceny na ten temat, bo mógłbym kogoś skrzywdzić.
A po co to.
Słucham także muzyki organowej, ostatnio przepadam za Laibachem, lubię też filmowe soundtracki, ostatnio "Predator 2" i "Hellraiser". To inspiruje wewnętrznie.

Korzenie Slayerowskie w waszej muzyce...
Nie ukrywam, że korzenie nasze tkwią w ich muzyce, choć są i tacy, którzy dopatrują się w naszej muzyce podobieństw do Morbid Angel czy Black Sabbath.
Nas jednak najbardziej cieszy fakt, że sporo ludzi z Zachodu uważa, że mamy własny styl, słychać co prawda wpływy i tego i tego, ale Vader to przede wszystkim Vader.
To, że ktoś może rozpoznać to, co stworzyłeś, to jest bardzo dużo, to ważne.
To linia Slayera z nową twarzą.
Jest mi bardzo smutno, gdy ktoś, kto wychował się na Morbid Angel mówi, że odchodzimy od undergroundu.
Przecież to Vader i Imperator kreowały metalowy underground w tym kraju.
Myśmy zaczęli organizować pierwsze koncerty, promowaliśmy młode kapele.
Palma nam nie odbije, na pewno, bowiem przez lata tak dostalismy w dupę, że wiemy, co znaczymy.
Ten sukces nie wynika z pół czy z roku grania i działalności - to lata wyrzeczeń, ciężkiej pracy, pieniędzy, czasu...
Przez długi czas nic w domu nie miałem, nawet teraz magnetofonu nie mam.
Wszystko idzie w sprzęt i pocztę.
Ale innego wyjścia nie widzę.
To jest nasze życie.
Coś zawsze kosztem czegoś.

Plany?
Myślę, że nagranie płyty i jej promocja zajmie sporo czasu.
Ale zamierzamy przypomnieć się pod koniec roku 1992 mini-longplayem, którego nagranie planujemy w wakacje.
Na pewno my i Mariusz Kmiołek będziemy się bardzo starać, by uzyskać prawa do licencji na kasetę "The Ultimate Incantation".