SANITYS DAWN
Mangled in the Meatgrinder
Shredded




W brzusiu mi zaburczało.
Kiedy będą kotlety?
Są takie słodkie i mają taką chrupiącą skórkę.
Pusiu! - usłyszałem głos mamy - Odłóż już te zabawki i chodź się myć.
Kopnąłem pozbawiony głowy korpus lalki i pobiegłem do łazienki.
Tam pachniało już miętą a piana wystawała nad wannę.
Mama podeszła do mnie i zaczęła mnie rozbierać.
Pocałowała mnie czule, a ja poczułem w jej oddechu wódkę.
Miała cudownie niebieskie oczy, które błyszczały coraz bardziej w miarę, jak kończyła mnie rozbierać.
Gdy zdjęła mi majteczki, powąchała je, uśmiechnęła się, a potem klepnęła dłonią w pupę.
Wskakuj - powiedziała, biorąc do ręki mydło w płynie.
Było kremowo-perłowe i pachniało jakoś tak cudownie.
Mydliła mnie powoli, całego, od buzi po stópki.
Masowała przy tym moją pupę, paluszkami trąc mój odbytek i - to niby przypadkiem - muskając moje jeszcze nie owłosione jajeczka w ciasnym woreczku.
Nie wstydziłem się jej wcale.
Mokrą rączką dotknąłem jej twardej piersi, ukrytej pod bluzką.
Poczekaj - powiedziała z trudem ukrywając podniecenie - zaraz przyjdzie moja nowa koleżanka.
Zaczęła mnie polewać wodą, dokładnie spłukując mydliny z mojej pupy i podbrzusza.
Potem podała mi ręcznik.
Następnie rozpięła spodnie, zsunęła majtki i usiadła na sedesie.
Słyszałem, jak robi siusiu.
Patrzyła przy tym na mnie, oblizując figlarnie końcem języka swoje pełne usta.
Gdy skończyła siusiać, wytarła dłonią szparkę i ubrała się.
Usłyszałem dzwonek do drzwi.
Mama zdążyła jeszcze podsunąć mi wilgotną dłoń pod nos, zaśmiała się i wybiegła z łazienki.
Ten jej zapach moczu wydał mi się najwspanialszą perfumą.
Wytarłem się do sucha, założyłem pidżamę i wyszedłem na korytarz.
Od strony kuchni dobiegał wesoły szczebiot dziewczęcych głosików.
Zajrzałem tam.
Mama z koleżanką przekomarzały się ze sobą, dotykały siebie i coś piły.
Mama przedstawiła mnie cioci.
Ciocia była nieco mniejsza i dużo grubsza od niej.
Przykucnęła i pocałowała mnie.
W usta.
Poczułem przez chwilę, jak jej język wsuwa się w moją buzię i prześlizguje po ząbkach.
Kochanie? - powiedziała mama - Czy wiesz, gdzie się podziewa Miś?
To nasz pies.
Nie wiedziałem.
Poszedłem do pokoju.
Położyłem się i chyba przysnąłem.
Obudziło mnie delikatne światło i śmiechy.
To mama z ciocią brodziły na czworakach po dywanie, przewracały się, mocowały ze sobą i chichotały bez końca.
Potem zaczęły się całować i pieścić, mrugając znacząco w moją stronę.
Zrzuciły ubrania, po czym jedna drugiej zdjęła stanik, a potem powoli majteczki.
Przez chwilę chłonęły wzrokiem swoje ciała, łapały nosem zapachy, by wreszcie rzucić się na siebie.
Siadały na sobie, miętosiły piersi, lizały się po twarzach.
Wkładały sobie ręce w puszyste kicie między nogami, pchały języki w pupę, przygryzały sutki i parskały w pępuszki.
Bawiły się sobą i swoimi ciałami bez wstydu przede mną.
Pluły na siebie śliną, pryskały winem, które potem zlizywały na przemian z siebie.
Ciocia rozchyliła mocniej swoje uda i zaczęła z lubością miętosić swoją szparkę, z której poczęła wypływać gęsta i czarna krew.
Mama wylizywała jej te skrzepy, nurzała w nich ręce, którymi potem malowała na sobie i na cioci zabawne wzory i znaki.
Były już strasznie rozbawione.
Mama spojrzała na mnie i uśmiechnęła się.
Zaraz coś zobaczysz - powiedziała do cioci i jednym ruchem odkryła kołdrę.
Wskazała palcem na moje spodnie w miejscu, gdzie widniał pokaźnych rozmiarów wzgórek.
Jednym ruchem ściągnęła je ze mnie.
Zobaczyłem zdziewienie i zachwyt w oczach cioci.
Przysunęła się do mnie i zaczęła to całować.
Potem rozpoczęła szczegółowe lizanie i całowanie mego brzusia, piersi a wreszcie i  twarzy.
W tym czasie mama ujęła to moje to swoją dłonią.
Zaczęła nią rytmicznie poruszać, budząc nagromadzone od przedszkolnych badań lekarskich dreszcze.
Widziałem, jak przygryza krągłe pośladki cioci, a drugą ręką pociera sobie szparkę.
Obie poczęły mruczeć, jak kotki.
Potem jęczeć i popiskiwać.
Prosiły mnie, bym ściskał ich piersi i wkładał palce w obślinione usta.
Same nie mogły powstrzymać się od wiercenia pupami, które popiardywały radośnie.
Kiedy już ich jęki stały się bardzo głośne, pieszczoty gwałtowne, poczułem, że to moje coś strasznie zesztywniało.
Mama nachyliła się i otoczyła go ciepłem swoich ust, pieszcząc go - z nieznaną mi wprawą - gorącym językiem.
Gdy wydawało mi się, że zaraz cały wybuchnę, zobaczyłem jak mama podnosi głowę, nasuwa się całym ciałem na mojego ptaszka, aż wreszcie połyka go swoją wielką owłosioną dziuplą.
Chwilę ujeżdża mnie jak rasowego konika na biegunach, podczas gdy wszystko już wokół piszczy, jęczy i szlocha.
Widzę jeszcze ciocię, jak kuca nad moją głową, pieści mamine cycusie, a swoją ubabraną krwią pupę sadza na mojej twarzy. Uuuuuuuuhh!!
Aaaaaaaahhh!!
Przez chwilę staliśmy się jedną całością, by zaraz potem gwałtownie się rozpaść.
Pękła także mroczna atmosfera mojego pokoju.
Drzwi były uchylone.
Oślepiająca jasność wdzierała się w naszą intymność, gwałcąc poczucie bezpieczeństwa i miłości.
Spojrzeliśmy na nie.
Stał w nich Miś.
Wilczur.
Zwabiony naszymi radosnymi krzykami i zapachem krwi przez chwilę stał otumaniony gęstością i mocą zapachów unoszących się w pokoju.
Potem błyskawicznie podbiegł od tyłu do cioci i włożył jej coś od tyłu w pupę, coś, czego u Misia nigdy przedtem nie widziałem.
Zrobił to tak szybko i gwałtownie, że ciocia zwymiotowała na mnie, a potem zaczęła się wyrywać i krzyczeć z bólu.
Pazury Misia dogłębnie orały jej ciało a charczący pysk - pełen kłów - wgryzł się głęboko w jej kark.
Czym szybciej Misio się ruszał, tym mocniej jego szczęki miażdżyły cioci szyję.
Jej przeraźliwe krzyki i jego wściekłe gulgotanie brzmiało jednak bardzo podniecająco.
Ciocia, próbując nie dać się zadusić, zaczęła rzucać się po całym pokoju, rozpryskując wokół siebie mnóstwo krwi.
Kiedy padła na dywan, Miś opuścił ją, podszedł do mamusi, polizał jej twarz, powąchał włochaty trójkącik między nogami i zamerdał ogonem.
Dobry piesek - wyszeptała zmęczona mama uśmiechając się błogo - chodźmy teraz coś zrobić do zjedzenia.
Poszliśmy - ja z Misiem,  a mama ciągnąc za sobą ciocię.
W kuchni zaczęła oskórowywać ją rzeźnickim nożem, przecinając kości chirurgiczną elektryczną piłką.
Następnie wkładała obrobione płaty mięsne do maszynki i mleła.
Lubicie kotleciki, co?! - stwierdziała radośnie.
Miś zamachał ogonem i kłapnął mordką, pełną jeszcze zakrzepłej krwi i ludzkich włosów.
Mama zaczęła coś nucić, kręcąc rytmicznie prawą ręką.
Jej nagie, pachnące krwią i wydzielinami, ciało kołysało się, piersi podskakiwały, pośladki drgały, a brzuszek falował.
Poczuła moje spojrzenie na swoim łonie, odwróciła się i uśmiechnęła.
Włożyła jedną ręką garść surowego mięsa do buzi, zaś drugą położyła na wciąż rozpulchnionej szparce.
Wiesz, synku - powiedziała czule - chyba będę z tobą w ciąży.
Kogo wolisz, braciszka czy córeczkę?
Wiem - dodała zaraz potem, śmiejąc się frywolnie - lepsza siostrzyczka.
Moglibyśmy tak zabawiać się codziennie, prawda?
Prawda, mamusiu - powiedziałem - ale skąd wtedy wzięłabyś kotlety?!
 

/wersety pochodzą z tomiku "Ryłkołak" - "Morbid Noizz" nr 4/1999r./