MORTAL DECAY
Sickening Erotic Fanaticism
Pulverizer





Kiedy (1) po raz kolejny powiedziała, że nie jestem już jej ukochanym dzieckiem, że mnie nienawidzi, że jestem brzydki i nienormalny, że przeze mnie ma ogromne i obwisłe cycki, a brzuch jej zwisa jak worek na kartofle, nie wytrzymałem.
Zamknąłem się w garażu i włączyłem moją ulubioną płytę.
Mój plan dojrzał.
Wykręciłem żarówkę, zacząłem krzyczeć.
Wyszedłem i stanąłem za drzewiami.
Przybiegła, stanęła w drzwiach, było ciemno, zawahała sie.
Z ogromnym impetem uderzyłem drzwiami. Słyszałem, jak spadała ze schodów. Zamknąłem drzwi od wewnątrz. Wkręciłem żarówkę. Leżała na betonowej posadzce.
Pęknięta czaszka ukazywała różowy mózg.
Rzeźnickim nożem podzieliłem ciało na dwanaście części.
Wrzuciłem do wanny. Wlałem kwas. Jakby ożyła, ciało drgało, jak w konwulsjach...
Będzie niezła galaretka.

Kiedy (2) wróciła ze szkoły, zawołałem ją na dół.
Stanąłem pod schodami. Wiedziałem, że jest strachliwa i ma słabe serce. Kiedy wyskoczyłem z maską janka na twarzy zbladła i upadła. Szybko przywiązałem jej ręce i nogi do czterech metalowych prętów. Plaster na usta. Zrobiłem zdjęcie, potem zgwałciłem ją, znów zrobiłem zdjęcie. Dusiłem, szprycowałem... zdjęcie. Biłem, gwałciłem, piłowałem, łamałem kości... znowu zdjęcie. Wreszcie śmierć w konwulsjach. Miałem orgazm.

(3) wreszcie wrócił. Nie zauważył niczego. Wrzeszczał, że jest głodny. Wziął gazetę, rozryczał radio, włączył telewizor.
Błysk ostrza noża i cios w szyję. Wyszedł ustami.
Dusił się własną krwią.
Drugi i trzeci cios w plecy nie dał mu wstać. Jego krawat zawiązałem mu nieco inaczej na szyi. Zacisnąłem pętlę.
Wierzgał nogami, machał rękami... do czasu.

Pojechałem po (7) do szkoły. Była wściekła, że tak późno.
Nie lubiła zapinać pasów.
Gdy zahamowałem gwałtownie, uderzyła głową w szybę. Zemdlała.
Zjechałem z drogi. Tym samym krawatem udusiłem i ją.
Wywlekłem ciało w krzaki. Tam napełniłem jej otwory moim nasieniem, następnie obciąłem piersi i wyciąłem krocze.

Potem wstąpiłem na cmentarz. Tam leżała pochowana kilkadziesiąt dni temu (6). Odkopałem mojego jedynego sprzymierzeńca, którego rodzinna atmosfera doprowadziła do samobójstwa.
Przewiozłem ciało.
Pociąłem na sześć kawałków i porozwieszałem na ścianach garażu.Ściągniętą skórę i włosy zachowałem na pamiątkę. Wnętrzności stworzyły oryginalny, ruchomy od kłębiących się robali, obraz na betonowej posadzce.
Jest już teraz tylko moja, moja umiłowana.

Poszedłem na górę. (5) jak zwykle po wieczornej modlitwie szykowała się do snu. Po kolejnej próbie nawrócenia mnie poprosiła o masaż pleców.
Młot do skuwania betonu dokładnie wymasował jej plecy, czaszkę, dłonie i stopy. Niemal wtopiła się w pościel, która podobnie, jak ściany obok, przybrała wyjątkowy soczysty czerwony kolor.
Ktoś życzy sobie mięsne pulpeciki na kolację?

(8) zawsze wracała późno. Nigdy trzeźwa. Dziś razem z (9).
Zrobiłem im ich ulubiony drink.
Ostatni.
Piły, paplając non-stop o chłopakach, kinie, samochodach, seksie, fryzjerze i koleżankach.
O!! Przestały!
Wybałuszone gały, gęby łapiące łapczywie powietrze, charkotały rozbrajająco.
Ciała osunęły się na podłogę, podskakując jak gumowe dmuchane lale.
Zdarłem z nich ubrania.
Jedno rozciąłem wzdłóż.
Umyłem twarz we krwi i treści jego cuchnącego wnętrza, pobawiłem się jelitem, na koniec odrąbałem głowę.
Drugie pociąłem artystycznie na drobne, łuskając kości, oddzialając powięzi i tłuszcz. Mięso stworzy gulasz, najpierw gotowany. Potem duszony z ludzkimi ingrediencjami typu nerka, wątroba, oczy, uszy, język. Cały dzień przecież nic jeszcze nie jadłem, a mama zawsze mówiła, by spożyć choć jeden gorący posiłek dziennie.

Pozostał jeszcze tylko on - (10). Przykuty od narodzin do wózka obejrzy teraz każde moje dzieło, które dziś stworzyłem.
Patrzył zafascynowany, potem przerażony, zaczął strasznie krzyczeć, miotał się, wymiotował, błagał o litość, skamlał, płakał. W garażu zrzucił ciało z wózka w ostatnim odruchu ucieczki, padł na beton. Włączyłem kosiarkę. Ojciec uwielbiał wypłaszać nią krety i koty w ogrodzie. Mówił, że te noże tną wszystko precyzyjnie, z kośćmi włącznie.

Teraz już mogę odejść. Ja - (4) - cyfra śmierci. Wszystko zalane benzyną czeka na widowiskowy finał. Zapałka, draska, błysk...

Słyszę, ktoś mówi, że przeżyłem koszmar. Tylko mnie udało się uratować. Szczęśliwie, na apel w telewizji, zgłosiło się kilka wielodzietnych rodzin, chcących mnie adoptować. Potem daje mi jakieś pudełko i mówi, że nie chciałem go nikomu oddać, pewnie to fotografie rodzinne.

Otworzyłem pudełko, potem oczy. To płyta - moja ulubiona płyta.
 

/wersety pochodzą z tomiku "Ryłkołak" - "Morbid Noizz" nr ?/1997 lub 98r./