To chora płyta nagrobowa.
Pełna niezdrowych skojarzeń i pomysłów.
Małomówna nad wyraz, miejscami niemal instrumentalna.
Tam, gdzie pojawiają się jakieś gulgoty, dobywające się ponoć aż z
dwóch trzecich męskich gardeł, czuć spermę, ściekającą po pijanych pyskach
Basa, Sama i Pepijna.
Za to muzycznie jest tu zdrowo głośno.
Kipiel nietrzeźwych grindowych partii zjeżdża się coreowo z mocną deathową
strukturą.
Dodatkowe zabawy we wtręty, miksy z rzeczywistymi tonami i obcymi szeptami,
wreszcie włączenie oklepanej na wszelkie sposoby "Venus", obraca w niwecz
marzenia o spójnej całości, standardowości i tuzinkowości tego bardziej
demonstracyjnego, niż debiutanckiego albumu chałolenderskiego tercetu.
Czy to wszystko jednak było rzeczywiście zamierzone?
Jeśli tak, to ten prawdziwy debiut będzie przerażający.
A jest już gotowy do rejestracji i zapremierowany na rok dwutysięczny.
/"Morbid Noizz" nr 4/1999r./