HOUWITSER
Death... But Not Buried
Displeased/AMP




"No zabij mnie, zabij! Pieprzony sukinsynu!" - krzyczała bliska szaleństwa lalka.
"Ale najpierw mnie zerżnij!" - pisnęła, rozkładając swoje lśniące plastikowe nogi i próbując rozpiąć mu klapkę, by założyć smoczek.
"Jasne, lulo!" - szepnął malec, celując w jej brzuch z pistolecika na wodę.
"To zia to, ze lano nie było buzi!" - jego policzki nabrzmiały, a usta wydęły się i wydały głośne "puk". Rozwaliło ją potwornie. Syntetyczne członki bryzgnęły na cały pokoik, a dżem truskawkowy chlusnął nawet na jego śpioszki.
"Kulwa mać! Nowe ciuchi, a niech cie slak tlafi, glupia zdzilo!" - wrzasnął i zatrzasnął drzwiczki do różowego domku. Popatrzył nań, wysupłał palcami swojego ptaszka i zaczął sikać na okienka, daszek, ścianki i drzwiczki. Potem wziął spaloną zapałkę, potarł o pudełko po czekoladzie i rzucił. Buchnął płomień, pełzając zawzięcie po murach, trawiąc firanki, mebelki, dywaniki, wannę, kuchenkę i liżąc zachłannie dach, komin i strych. Kłebiący się dym nie był w stanie obudzić rodziców, by ratowali marzenie swojego całego życia. Ich plastikowe ciała leżały w sypialni, umazane sosem pomidorowym i pozbawione głów. Powoli, jak ogień rozprzestrzeniał się, zwłoki tych dwojga wybrzuszały się i pękały bąblami, wstrząsając korpusami, by stopić się zaraz potem na kakaową masę.

Dał się słyszeć jęk syreny pojazdu straży pożarnej, jadącego z dużą szybkością. Niestety, nie wiadomo skąd, zza nogi od stołu wyjechała cysterna, prowadzona sprawną rączką małolata. Potworny huk i zgrzyt metalowych części, zgniatanych uderzeniami młoteczka z zestawu monterskiego, zlał się z jękami poranionych strażaków.
Kiedy ich ciała zostały wywleczone na podłogę, uszkodzona cysterna nagle ruszyła, miażdżąc twardymi, gumowymi kołami ich ciała. Sos grzybowy tryskał z ich wnętrz, a mózgi wypływały pastą łososiową na parkiet mokry od soku malinowego. Z cysterny zaczął sączyć się olej słonecznikowy. Za chwilę wszystko eksploduje!
Mała rączka bezbłędnie odnalazła samochodzik zaparkowany za rogiem kanapy.
Wrrrrrouuum! Gaz do deski i już go nie ma!
Głośna detonacja oleju zmiotła z dywanu zgliszcza domku, dwa pojazdy i przypadkowo leżącego nieopodal misia, urywając mu wszystkie łapki.
Tymczasem samochodzik gnał jak szalony, nie zważając na codzienny ruch w pokoiku.
Czerwone światła się nie liczą.
"Gdzie sie wpieldalas!?!" - krzyknął malec, uderzając z ogromną siłą, maską autka,  pluszową żabkę. Impet odrzucił ją na ścianę, miażdżąc oczka i rozrywając tułowik, z którego wysunęła się czerwona - od buraczków - wata.

Pojawiła się policja. Miała niezły wozik. Wyjąc w niebogłosy dopędziła uciekiniera, jednak ten nie zamierzał się zatrzymać. Zrobił niespodziewany i gwałtowny skręt za wazon, wypluwając za siebie ślinę. Zdradliwa flegma pokryła przez moment całą przednią  szybę policyjnego samochodzika. Kierowca stracił nad nim panowanie i uderzył w wanienkę. Musztardowe wnętrzności obu stróżów porządku zalały wrak pojazdu i zakotwiczony obok bryg.
Przerażeni hukiem i widokiem zmasakrowanych ciał piraci zaczęli w popłochu opuszczać statek, skacząc wprost do, kipiącego od wzburzonej wody, sedesu. Wołania o pomoc zostały skutecznie zagłuszone zamykaną klapą, a sam okręt - nabrawszy wody w dziury zrobione trzonkiem szczotki do czyszczenia kibla - rozpadł się.

W tym czasie na wykładzinowej autostradzie pojawiły się zapory i uzbrojone wojsko.
To już nie były żarty.
Malec, przewidując niebezpieczeństwo, wjechał autkiem na dywan i zatrzymał się przy stacji benzynowej. Obsługującym tam indianom nie zdążył zadrżeć żaden muskuł, gdy w jednej chwili stracili swe skalpy razem z głowami. Ich czerepy, sprawnie odcięte kombinerkami z zestawu monterskiego, walały się wszędzie. Rozrzucone, opalone czerwonoskóre ciała szybko nasiąkały czerwoną galaretką o smaku porzeczkowym.
Chłopczyk wiedział, że ma coraz mniej czasu, a musiał dostać się aż do drugiego pokoju. Tymczasem słychać już było czołgi, policyjne transportery i krążący nad stacją benzynową  helikopter.
Szef akcji - gumowa kaczka - gadał coś o poddaniu się. Celnie rzucony kapeć zabił go na miejscu, rozpruwając scyzorykiem brzuch, z którego wypłynęła spieniona keczapowata treść.
Zanim jednak goniący zdążyli ruszyć do ataku, wielki kawał gumy do żucia został przylepiony paluszkami nieletniego smarkacza do ścianki budynku stacji.
W chwilę później wszystko wyleciało w powietrze.
Czołgi i transportery zostały kompletnie zniszczone pod ciężarem bucików, a helikopter uderzył w krzesło, które przewracając się całkowicie go rozwaliło. Ranne ciała żołnierzy i policjantów rozprysły się pod uderzeniem kija bejsbolowego, okrwawiając meble i dywan paprykową pastą.

Można było ruszać dalej. Jeszcze tylko minąć te drzwi do pokoju.
Niestety, nagle zza drzwi wypadła zgraja facetów na motorach, wymachujących żelastwem i krzyczących: "Z drogi, palancie, bo ci...". Krzyk zakrzepł im na ustach, gdy butelka z odżywką upadła przed kołami ich nowiuśkich maszyn. Jej wybuch spowodował, że ręka masy powietrza zmiotła ich wszystkich z drogi pod spadającą lawinę książek, pism i gazet. Ci, co przeżyli katastrofę zostali dobici gwoździkami do podłogi, a następnie rozczłonkowani ręczną piłką z zestawu monterskiego, zalewając parkiet czerwienią wytrawnego wina.

Wtedy malec już bez przeszkód poraczkował do drugiego pokoju, w stronę szafki. Sprytnymi paluszkami, uzbrojonymi w młoteczek z zestawu monterskiego, otworzył drzwiczki i... zastygł w bezruchu.
W środku leżała jego nowa lala.
W firmowym pudełku.
Miała niebieskie oczy, szeroko otwarte.
Z przerażenia.
Jej wielkie, karminowe usteczka błagały: "Proszę, nie zabijaj mnie! To nie moja wina, że ta seria też nie ma cipki, naprawdę!".
"Zamknij molde, kulwo!" - krzyknął chłopczyk i zsunął śpioszki, a potem ściągnął pieluchy.
Buchnął smród, nie sprzątniętej od rana, kupy, jednak to nie przeszkodziło maluchowi odnaleźć i wydobyć brudnego siusiaka, a następnie wepchnąć go lalce do buzi.
"Mama" - pisnęła.
"Zadna mama, ssij siuko, bo cie zatluke!" - warknął, a ona zaczęła mu dogadzać, pieszcząc przy tym rączkami jego woreczek. Trwało to trochę, zanim chłopczyk miał erekcję. Gdy trysnął, wypełniając po brzegi wnętrze lali, jej ciało najpierw zwiotczało, a potem nadęło się i pękło, nie dając szansy zajścia w ciążę i narodzin uroczego plastikowego bobaska. Majonezowe gluty i kawałki lali pochlapały przyrodzenie chłopczyka i całe wnętrze szafki.
Malec zamknął drzwiczki, osunął się na dywan i usnął.

Obudziły go głosy:
"Zobacz, to tu śpi nasz ukochany synek. Popatrz, jaki błogi uśmiech ma na buzi.
Tato, jak myślisz, kim będzie, jak dorośnie?" - cichutko spytał kobiecy głos.
"Myślę, że inżynierem, lekarzem, ministrem albo kimś jeszcze ważniejszym" - wyszeptał męski głos. "A ty babciu, co myślisz?" - znowu spytał ten sam kobiecy głos.
"Nie wiem córeczko, ale na pewno wyrośnie na dobrego człowieka. Ale chodźmy już, nie budźmy go" - odpowiedział trzeci głos. I poszli.

A co wy o tym sądzicie, drogie dzieci?!?
 

/wersety pochodzą z tomiku "Ryłkołak" - "Morbid Noizz" nr 2/1999r./