Ktoś otwiera wieko mojej trumny.
Czego tu chcesz, spierdalaj!
Precz z łapami!
Chcesz mnie konsumować? Ekskomunikować? Ekshumować?
I co mnie szarpiesz!! Co jest?
Obudziłem się. Co to jest, do kuuur... aha to jedno z moich pieprzonych
dzieci wali mnie ręką po głowie. Ale, do cholery, przecież to nie jego
ręka, tylko jakaś wielka, zesztywniała, z krwawą raną w miejscu, gdzie
kiedyś trzymała się barku.
Znowu grzebałeś w mojej teczce, głupi zidiociały kretynie! Kto ci pozwolił
tam wpychać swoje brudne łapy?!
Walnąłem go z otwartej tak, że wbił się główką na wystający ze ściany
gwóźdź, a nosem zaczął wyciekać mu mózg. I co, teraz się już nie śmiejesz
zasrańcu, co?!
Wyszedłem na zawalony obsranymi gazetami korytarz.
Kibel znowu zajęty?! W mordę, wypierdalać stamtąd, ale to już! Coś
piszczy... aaa, znaczy się ta rura-córka znowu chce wymusić poronienie
grzebiąc sobie w cipie elektrycznym nożem.
Otwieraj, zdziro! Psia mać, jak nie otworzy, to znowu się zesram w
gacie!
No tak, już się zesrałem.
Omdlewający ból przeszył mi kiszki, aż przysiadłem, krzyczałem, tak
strasznie rwało mi odbyt i jajca. Ale oprócz mnóstwa piardów i z litra
brązowo-czerwonej wody nic nie wyciekło na podłogę. Napiąłem się z całej
siły.
Już czułem, że coś drgnęło, gdy poślizgnąłem się na kloace. Szczęśliwie
upadłem na plecy, wystrzeliwując dupą wielkiego tasiemca. Pacnął
na ścianę i zastygł, jak nieznany historii hieroglif. Odetchnąłem. Wstałem
i poprawiłem obsrane slipy. Spojrzałem w resztki lustra na ścianie. No,
nawet całkiem nieźle się prezentuję, taki cały upaprany w gównie. Poprawiłem
fryz i kopnąłem w drzwi kibla.
Wyłaź! Przez ciebie, gówniaro, spóźnię się do roboty! Znowu nic. Cisza.
Co jest, do cholery? Naparłem barkiem, wziąłem rozbieg i walnąłem z całych
sił w drzwi jeszcze raz.
Pękły zawiasy, mnie pękła gumka w galotach, padłem, jak długi na pokrwawioną
posadzkę. Zobaczyłem zdechły płód, nadal połączony pępowiną z wnętrzem
czegoś, co kiedyś było moją córką. Wyrżnięta macica zwisała na flakach,
przytrzymywana prująca się otrzewną, krew lała się po odsłoniętych kościach
miednicy, piszczelach, między palcami u nóg, szybko spływała do kratki
ściekowej. Jej poparzona kwasem twarz wyrażała błogość i radość z możliwości
przejścia w inny wymiar horroru życia po śmierci.
Złapałem za kudły i wywaliłem za drzwi.
Odkręciłem kran, zaśmierdziało glinianką i chlusnęło brunatnie. Wyrwałem
umywalkę i usiadłem pod strumieniem lodowatej wody. Coś chyba było nie
tak, bo strasznie obrastałem włosem, i to siwym. Potarłem czachę i nie
znalazłem na niej śladów jakiegokolwiek owłosienia. Zerwałem się na równe
nogi. Potarłem klatę, podbrzusze, uda, wszędzie tylko bielusieńka, piekąca
skóra, za to na posadzce mnóstwo kołtunów, jakby wreszcie ten cholerny
kundel teściowej wykitował. Zresztą śmierdziało, jakby rzeczywiście wykitował.
Kurwa mać! Znowu ktoś podłączył przewód z kwasem do baterii. Nachyliłem
głowę nad wanną, wcisnąłem palce w oczodoły i wyjąłem oczy. Przepłukałem
wodą i wstawiłem na miejsce.
Od razu lepiej! Spojrzałem po sąsiedzku przez okno.
Ta cipa znowu podlewa kwiaty tylko w samej bieliźnie. Ile to razy wyobrażałem
sobie nas oboje rżnących się na golasa na dywanie, te jej ogromne cycki,
wielkie usta, którymi ciągnęła mi mojego stercza. Ooh, Moniko. Ręka powędrowała
mi natychmiast między nogi, gdzie mój wąż rozwijał się powoli. Zacząłem
miarowo obciągać skórkę, coraz szybciej i gwałtowniej, aż do bólu.
Czułem, jak pękł mu powrósek i zaczęło go być jakby za dużo.
Spojrzałem wściekły. Spod brzucha zwisał jedynie czerwony od krwi mięsień,
gdy cała jego skóra została mi w ręce. Złapałem za elektryczny nóż i obciąłem
flaka razem z jajami.
Cudowne doznanie. Drżąc cały czas z podniecenia złapałem elektryczną
szczoteczkę i wsadziłem ją sobie w tyłek. Gdy włączyłem motorek, niemal
ekspodowałem z rozkoszy. Trwało to trochę zanim doszedłem do siebie.
Zataczając się ruszyłem w stronę kuchni, potykając się o porozwalane
sprzęty. Kopnąłem drzwi, gdy za stopę złapał mnie charkoczący psiak. Bolało.
Spokojnie zacząłem opuszczać obgryzaną stopę, myśląc tylko o jednym. On
chyba wyczuł zagrożenie, ale było już za późno.
Stanąłem na nim, rozgniatając mu wnętrzności i czaszkę. Coś chrupnęło.
To w jego zębach zostały moje dwa palce. Wyrwałem mu je i położyłem na
stole. Z szuflady wyciagnąłem młotek i gwoździe. Polałem stopę płynem do
czyszczenia rur kanalizacyjnych, otarłem z krwi i postawiłem na stołku.
Przyłożyłem gwóźdź i walnąłem. Trochę zszedł z kursu, bo wyłamał paznokieć,
ale siedzi. Drugi poszedł lepiej, głębiej, zahaczając o kość.
No, teraz bym coś zjadł, ale oczywiście ta fleja i zdzira niczego nie
zostawiła.
Wziąłem pierwszy lepszy garnek, nachyliłem się i władowałem palce do
gardło. Nie szło. Kaszlałem krwią, bo zapomniałem zdjąć sygnet. Poprawiłem
i ruszyło. Gwałtowne torsje rzuciły mnie na kolana, ale zaraz wstałem.
Znowu palce w pysk i jeszcze raz. Strugi brunatnej cieczy wlały się do
gara. Sprawdziłem - ciepłe. Wziąłem łyżkę i zacząłem jeść.
Co to wczoraj było? Zastanawiałem się, oglądając jakieś żółto-szare
grudki, ale niczego nie mogłem sobie przypomnieć.
O, przyszła stara. Jej wielkie cielsko zwaliło się na krzesło obok.
"Gdzieś była?" - spytałem.
"Na zabiegu." - odparła śmiejąc się i podciągając kieckę - "Popatrz,
czym częściej to robię tym bardziej możemy figlować, a teraz znowu chce
mi się figlować i już wiem, jak to dzisiaj zrobimy".
To, co zobaczyłem to nawet nie była czarna dziura. To był kosmiczny
parów.
A ona wzięła na rękę smalec i zaczęła mi nim smarować głowę. Potem
rozwarła uda i zaczęła ciągnąć mnie plecami na siebie i wpychać mi głowę
w śmierdzące dziursko. Wszedłem w nią, jeśli tak to można określić, i zacząłem
ruszać całym ciałem w przód i w tył. Orałem twarzą w jej pokrwawionych
strzępach, ruszających się, jak wnętrze wieloryba, dzięki mocarnym mięśniom.
Stawało się coraz ciaśniej, duszniej i wilgotniej. Brakowało miejsca.
W odruchu wbiłem zęby w jej ciało. Poczułem krew i usłyszałem, jak
zawyła z rozkoszy.
Zacząłem w szaleńczym tempie obgryzać ją od wewnątrz, przegryzając
się do jelit, żołądka i wątroby.
Ona natomiast zaczęła wylizywać mi krocze z taką ochotą, że już wkrótce
poczułem jej wargi w moim wnętrzu. Złapała moje uda i zaczęła rozwierać,
aż pękły mi skóra, kości i miednica.
Rozpoczął się wyścig z czasem. Kto pierwszy dotrze dalej i osiągnie
orgazm?
Przebijałem się głową coraz dalej, aż doszedłem do jej szyi. Wcisnąłem
się w nią przegryzając struny głosowe i niszcząc gardło. Moje zęby znowu
zaczęły miażdżyć kości, dalej, dalej, po mózg.
Coś zalewa mi oczy, ale czy to jeszcze są moje oczy?
Język? Zesztywniał ze strachu.
Zęby?
Mózg?
Różowy świat. Kochany świat. Mój. Twój. Nasz.
Kocham Cię. Pragnę Cię. Jesteśmy sobą. Jednością.
Wszechświatem.
/wersety pochodzą z tomiku "Ryłkołak" - "Morbid Noizz" nr 2/1999r./