Cisza podszyta sromem mroku zdawała się krzyczeć ludzkim szeptem, chcąc
swymi mrożonymi wargami zrobić loda nadchodzącemu wydarzeniu tego bezecnego
1998 rozkroku.
Pierwszy podmuch wiatru przyniósł ze sobą tylko świeży, gorący zapach
końskiego gówna.
Następny - pokłonił drzewa w geście przyzwolenia na przejście konduktu
w majestacie bezprawia.
Trzeci - zmroził spojrzenia, zaparł oddech i stolec oraz zdrętwił członki
przypadkowych wiernych szukających odpowiedniej gałęzi do powieszenia.
Dał się słyszeć tętent tętn czterech Wysłanników Czerni, kroczących
po śladach swych przodków. Ciemność rozrzedziły ich płonące oddechy. Na
lewych barkach dźwigali trumnę, na prawych - obcięte świńskie łby, w rękach
dzierżyli odwrócone głową do dołu insygnia prawości, świętości i wiary.
Dążyli do miejsca zwanego Abyss.
Kolejny dziki atak odbytu natury rozwiał chciwie ich włosy z nosa,
rozcinając swoje warstwy o naszpikowane żelastwem stroje. Ślizgał się miłośnie
po wybielonych twarzach, pobrzękując przytroczonym do pasów orężem.
Zadrżała ziemia w posadzkach, pękła pętając gramicznie wszystkie żywe
i zgniłe stworzenia. Odgłosy wymiotów matki ziemi zlały się z siarczanym
deszczem kipiącym z jej wnętrza.
Rozwarcie prawego łona ukazało Bestię.
Pełniący nocną służbę księżyc spełniał się w swoich obowiązkach, gwałcąc
biel dziewiczych chmurek czernią bezbożego nasienia.
Wicher uderzył po raz przedostatni.
Huraganowe macki oplotły miejsca ludzkiej egzystencji, trąba napowietrzna
wzywała do ataku na wszelkie dobro ostałe po kątach, a amoralne tajfuny
lawinowo burzyły spokój rodzinnych pieleszy, niszcząc doszczętnie system
wartości, na którym się opierały.
Nagle, jak spod ziemi, pojawił się Peter T. Tam, gdzie on, tam jest
i Abyss.
Czterej Wybrańcy postawili trumnę. To kres Ich wędrówki.
Cała Piątka otoczyła trumnę, tworząc pulsujące rogi diabelskiego znaku,
zaś Ich otoczył blask tysięcy oczu wypatrujących końca świata.
Natura po raz 6-ty chciała zaznaczyć swoją obecność w tej historii,
ale...
... ale pękło wieko trumny.
Światło i Jasność zerwały się do ucieczki.
Pięć potężnych i diabelnie celnych uderzeń pozbawiło je racji bytu.
Gdy skamlały o litość pojawił się jeszcze ktoś 6-ty, by zadać ostateczny
cios.
Bestia.
Dał się słyszeć krzyk i zapadła kompletna ciemność.
"Jezus Maria!" - wyszeptał ktoś z tłumu.
"Już nie żyją!" - potwornie przerażający śmiech odbijał się echem,
pokrywając swoją jadowitością całe zaświaty.
/wersety pochodzą z tomiku "Ryłkołak" - "Morbid Noizz" nr 2/1998r./