ABORTED
The Purity Of Perversion
Uxicon






Piszę te słowa nie po to, by coś wyjaśnić. Nie. Tak po prostu.
Ja pracuję w prosektorium. Lubię to, co robię. Dlatego:

- Czuję się uroczo atrakcyjny...
Bo niemal wszyscy kleją się do mnie już po paru minutach od przyjazdu na salę. Wyjątkiem są ci, co są przywożeni w kawałkach w worku. Reszta ma we mnie wiernego kumpla, dlatego oddają mi forsę, zegarki, kluczyki do samochodu i domu. Tak na chwilę, na przechowanie. Nie wahają się nawet użyczyć mi  swoich palców z obrączkami i sygnetami czy uszu z kolczykami.

- Jestem uczynny i pomocny...
Przełamuję pierwsze lody i chłody wyniesione przez nich z lodówki. Nie wstydzą się, gdy rozbieram ich z garderoby a potem z nieświeżej bielizny. Pozwalam im pozbyć się uciążliwego stolca razem z całym jelitem, za darmo odciągam sprężarką cuchnący mocz z pęcherza i odsysam gastroskopem przez gardło ich wielodniowe treści żołądkowe.

- Jestem estetą...
Ciało ludzkie jest dla mnie wzorem piękna. Dlatego uwielbiam godzinami je pielęgnować, opalając palnikiem wszelkie widoczne na nim włosy, czyszcząc  kwasem całą skórę z brudu, masując sztywne ludzkie członki, piersi, pośladki, wreszcie wylizując do czysta przyrodzenia i odbyty.

- Jestem towarzyski...
I nigdy nie zostawiam ich samych. Godzinami z nimi rozmawiam, wspólnie  przekąszamy ich własne surowe udko czy pierś ugotowane w sterylizatorze, pijemy na umór, co tam jeszcze zostało im w pęcherzach czy w ustach. Potem tulę ich do snu tak długo, aż zasypiamy razem objęci na zimnym metalowym stole.

- Podziwiam przyrodę...
Którą poznaję dzięki ich nadpsutym, pachnącym trupio ciałom. Z rozprutych żołądków wysypują się kilogramy grubych, pulchnych i białych robali, z ust, oczu i uszu wyłażą wielgachne glisty, w rozprutych jelitach buszują solitery, a w genitaliach symbiozują ze sobą muchy i wszy. Wszystkie są smaczne, szczególnie po ususzeniu. Kiedyś w pacjencie bardzo napuchniętym wodą z jeziora znalazłem nawet żywego węgorza. Obżarty jego wnętrznościami smakawał tak, że palce lizać.

- Jestem uczuciowy...
I zawsze kocham się z moimi klientami. Najpierw, obowiązkowo, gra wstępna, trochę spirytusu, czułe i ciepłe słówka. To na nich działa jak cholera. O wiele szybciej się przede mną rozkładają, niż gdy dobieram się do nich prosto w lodówce. Orgazm mam długi i wielobarwny. Kończę go zawsze mocząc się moją rurką w ich ustach, nosach, uszach czy w pośpiechu wyciętych skalpelem  dziurach gdzieś w ich ciele.

- Uważam poczęcie za cud...
Dlatego szanuję wszystkie matki. Wiem, czym jest dla nich ciąża i narodziny nowego życia. Pozwalam im przeżyć to jeszcze raz, zaszywając w ich macicach wielkie i stale głodne szpitalne szczury. Potem z radością obserwuję, jak pęcznieją przyszłym matkom brzuchy, jak kopią te nieoczekiwane noworodki, wreszcie jak rodzą się piszcząc, wygryzając dziurę w matczynym korpusie.

- Lubię dzieci...
Są takie kruche i delikatne. Wszystko mają takie malutkie. Tak łatwo roztrzaskuje się młotkiem ich kończynki, rozpruwa skalpelem brzuszki, wyrywa drobniutkie flaczki, ścina siną skórkę, wydłubuje oczki i miażdży szczypcami czaszeczkę.
(Zawsze zastanawiam się, do czego właściwie dzieci służą?)

- Jestem bogobojny...
I wierzę, że każdy człowiek ma duszę. Dlatego, kiedy już nie rusza się jego ciało, pomagam duszy znaleźć drogę i ulecieć do nieba. Robię to w różny sposób: albo odpiłowuję głowę od tułowia, albo rozpruwam klatkę piersiową, albo patroszę całe wnętrze od dołu, czyli od przyrodzeniowych szpar i dziur. I kiedy usłyszę podczas tych zabiegów jakieś syki, pryki, furki, piardy, wtedy mam pewność, że dusza jest już wolna a ja mam na koncie kolejny dobry uczynek.

- Noszę się zawsze nienagannie...
Bo używam ich ciuchów. Szczególnie gustuję w obsranych majtkach, zakrwawionych figach, czarnych stanikach, przepoconych podkoszulkach, obrzyganych koszulach, sztywnych i pachnących skarpetach, zagrzybiałych butach, obspermionych spodniach czy obślimaczonych spódniczkach. Nie używam pończoch, chyba że zakładam je na głowę.

- Jestem kulturalny...
Nigdy nie rzucam niedopałków na posadzkę. Zawsze gaszę je w ustach mych współmieszkańców. Puste butelki chowam w ich kroczach. Myję w ich krwi ręce i twarz po każdorazowym załatwieniu potrzeb fizjologicznych. Dbam o to, by moje dłonie nie były szorstkie a przez to niemiłe pacjentom w dotyku. Dlatego kremuję je stale stopionym ludzkim tłuszczem. Ponadto codziennie robię sobie odżywcze maseczki z ludzkiego móżdżku na ostro z drobiną kału.

- Mam poczucie humoru...
Zamieniając nieboszczykom głowy, grając w ich kości, tworząc porażeniem elektrycznym z ich mózgu - mózg elektronowy. Bawię się doskonale, doszywając im trzecią kończynę, odchudzając ciało skrawaniem do szkieletu czy upiększając je opalającym olejkiem napalmowym.

Mimo to nie mam żadnych przyjaciół. Nie mam rodziny. Własnej żony, gromadki dzieci. Dlatego nikt nie ponosi winy za moją śmierć...

/wersety pochodzą z tomiku "Ryłkołak" - "Morbid Noizz" nr 4/1999r./