RADIO RH KONTAKT
06.10.1997r.
MORTAL DECAY





/Szybkość wychlustu krwi przez odcięte męskie prącie jest siedmiokrotnie większa niż wybryzgu rzygowin podczas ręcznego wymuszenia - Pomyślałem sobie przygotowując na jutro teczkę do pracy/
To już jutro.
O dziesiątej zero zero.
U dyrektora.

/Jest już jutro. I jestem już w robocie. Tylko te pierdolone schody, w górę i w górę.../
Ta dziwka sekretarka, ta, co na co dzień robi mu dobrze, pewnie mnie nawet nie zauważy...
wredna picza, ale do czasu... ha, ha, ha, ha, ha, ha!
Otworzę dźwiękoszczelne drzwi i wejdę do środka.
Ten gnojek, zawsze radosny, pewnie będzie telefonicznie opowiadał komuś o wczorajszej imprezie.

/Miałem rację, że tak będzie. Cholera, nigdy nie wiem, czy na tym obrazie jest ukrzyżowany czy jakiś facet udaje samolot/
No, zauważy mnie pewnie po kilku minutach, wskaże krzesło, ale ja nie usiądę.
Teczka mi ciąży.
Podejdę, postawię ją, otworzę...

/Spokojnie, zamek nasmarowałem/
Najpierw wyjmę młot do skuwania betonu, potem plaster.
Jeszcze gada?
Jega prawa ręka, która tak łatwo podpisuje zwolnienia, z sygnetem złotym na palcu, nie zdąży drgnąć...

/Nie myślałem, że jestem taki szybki. Nawet oko mu nie drgnęło/
Mocne, celne uderzenie...

/Wystarczyło jedno/
Odejmie mu mowę...

/Czy to interesowny uśmiech czy przerażony grymas?/
Plaster na usta i kolejne uderzenie.
Teraz w prawe kolano!

/O rany, jak przystąpisz do spowiedzi?/
Trzask, pęka skóra, widać powięzi, krew...
Spada z fotela...

/Wielka śmierdząca kupa mięsa/
Nacinam mu żyły w lewej ręce.

/Ale człowiek ma w sobie wilgoci/
On odpływa, mdleje...
Szybko, na biurko z nim.
Cholernie ciężki.

/Chyba ze sto kilo/
Gdzie gwoździe?!?
Są... wystarczą cztery...

/Nowiutkie, srebrzą się w promieniach słońca/
Eh, piąty na koniec.

/To do roboty!/
Lewa stopa. Prawa stopa.

/Wchodzi, jak w masło/
Lewa dłoń. Prawa dłoń.

/No, no, wyglada, jakby chciał dokądś lecieć/
Wreszcie usta.
Uderzenie młota wybija mu zęby.

/Teraz to jest prawdziwa papierowa maska/
Wycinam pełgający, jak wąż język.

/Pfuj! Ohydztwo!/
Przykładam gwóźdź.
Trzask, gulgot... wybroczyny wypadają z ostatnim lanczem...
Oczy, ach te oczy... już nie będą mogły skłamać...

/Nigdy i tak nie lubiłeś patrzeć ludziom w twarz/
Przydał się scyzoryk ojca i to ostrze z piłką...

/Jakoś tak pusto wyglądasz, gdzie masz duszę?/
Jeszcze tylko siekiera...

/Wydało mi się, że pobladłeś?/
I cięcie w krocze...

/Włączam interkom i moduluję głos/
- Pani Krysiu!
Proszę tu szybko przyjść!
Jest coś dla pani!

/Powinna być tu za sekundę.../
No?
No, gdzie jest ta wypindrzona blond larwa?
Wreszcie będę ją miał...
Całą...
Dla siebie...
Noooo...
Krysiu...

/No i jest/
Drzwi się otwierają.
Widzę falujący biust.
Karminowe usta.
Jędrne uda.
Te oczy... przerażone, przerażone!

/Wychodzę zza biblioteczki i staję przy niej/
Uderzenie w głowę powala ją na wykładzinę.
Rozpinam spodnie.
Zdejmuję buty.
Klękam...

/Wyciągam rękę, by dotknąć jej ciała, ale, ale, kurwa mać, coś mnie szarpie za ramię?!?/
-- Syneczku!

/Czyżby ten gnojek jeszcze żył??/
- Co... co, co?!?

/Ach nie, to matka... Ale skąd ona tutaj.../
-- Koszmarek śnił się memu synkowi...
Mamusia przytuli...

/Nie ma jak jej ogromne cyce, w które można wepchnąć swoją twarz i ukoić swój odwieczny ból/
-- Synuś kocha swoją mamusię, prawda?
Synuś jutro dostanie podwyżkę, prawda?
A może i awans...
 

(Podane w nawiasach dane i fakty pochodzą z indywidualnych obserwacji i badań autora na próbkach polucji nocnych. Zobacz: str.666 w "Korzystne zmiany w organach płciowych u dzieci i młodzieży na skutek wymuszonego spożywania liofilizowanej krwi miesiączkowej". Wydawnictwo Sraka. Warwsiowa 1998r.)