RADIO RMF FM
27.10.1995r.
VED BUENS ENDE




Równo na dzień przed zejściem trupów z podziemia, czyli jedenastego piździernika, SiMajkel - północny badacz czasu rozpadu wnętrzności w zależności od wielkości szpar międzyzębowych - podzielił się swym ciałem ze wszystkimi potrzebującymi i spragnionymi czarnych zmyśli.

Jego długooczekiwane dzieło, wydane rozkrok wcześniej w formie księgi pieczystej pod nadtytułem "Doułs Hu Keres We Pejl", przez lokalnego tłucznia liter bezprawia Enszjent Lor Kriejszyns, trafiła w lepkie łapska smakoszów mroku w kroku, wzbudzając pożądanie, zazdrość i medycynę u nieumiejących czytać z dołu do góry w defensywie.

Lament, jaki wydostał się z otworów gębowych, nie mogących dostąpić mrocznych wyziewów księgi, spowodował znierównanie z ziemią pracowni tłocznia i potrzebę wyżucia się w pobliskich krzaczorach.
Słysząc donośne wołanie o strawę duchową, na przeciw wybiegła brutyjska tłucznia włóczni sztucznych Myzanfropy, podpisując cyrograf z SiMajkelem i rozdając śnięte obrazki klęczącemu u stóp ludowi Ł-ropy zachłodniej, śrutkowej, spółknocnej i południowej.

"Rytyn Yn Łoters" - taki ohydny tytuł nosi nowe dzieło wspomnianego zgniłka.
Zawiera w sobie to, czego lud olany poszukiwał od lat:
- muzykę klasyczną, pełną obojów, opojów, zarzynanych gitar, pierdzących basów i fletasów;
- nierytmiczność i niemelodyjność, takpotrzebną przy leczeniu chorych na chorobę chorego wita;
- melodeklamację, melorecytację, kreację, stagnację, reakcję i prokreację;
oraz blek metl naszych dziadów pradziadów, nucących bezboże pieśni przy świetle księżyca w czasach, gdy żuło się krowie jelita zamiast sproszkowanego świńskiego zęba.