/Dokładnie słychać jak płatki sniegu uderzają głośno o trawę aż ziemia
nadyma się gruntowymi pryszczami, próbując wytrysnąć roponośną posoką.
Wiatr przewraca uśpione muchy w locie, sklejając ich skrzydła zamrożoną
spermą/
Biegnie postać...
Biegnie pewnie, wtapiając się w mrok obezwładniający nadchodzącą noc.
Ma moc...
Mistyczną moc, która kładzie trupem otaczający świat. Ścina mrozem,
pali śmigającym wiatrem, truchleje grozą.
Biegnie druga postać...
Za nią trzecia...
Kawałki zmarzliny strzelają spod ich buciorów, łącząc się z gęstą mgłą
rozbijaną gorącem oddechów biegnących oraz ich bezwzględnym wiercącym spojrzeniem.
Blady blask księżyca wytropił całą Mistyczną Trójcę przemykającą przez
polanę.
Wyłuskał ich nieludzko owłosione dłonie, strzelając gwiaździście pentagramistym
odblaskiem.
Potrójnym...
To broń...
Ich broń...
Nim ich cienie skrył las, na brzegu polany pojawił się jazgotliwy tłum...
/Z oddali dochodzi nierówny tętent ludzkich stóp, przyzwyczajonych do
pokonywania nie takich odległości/
... Tłum wywijający pochodniami i sznurami, biegnący chaotycznie pod
wodzą człowieka w sutannie.
Lodowatą ciszę przerywa krzyk orła...
/Słychać wyraźnie klekot bociana niosącego w dziobie - na pobliskie
wysypisko odpadków rakoaktywnych - wyskrobany płód/
... Orła, któremu przebiegająca Trójca zakłóciła pobiednią drzemkę.
Zew krwi budzi się do życia. A duchy puszczy puszczają bagienne gazy
i wodze fantazji.
/Tam i tak już strasznie śmierdzi, a tu jeszcze te gazy/
Biegnąca Trójca z błyskiem w oczach spogląda na watachę goniących,
których zgrzytanie zębów ściera sie na proch ze skrzypieniem śniegu.
Zdążą??
Niewidoczne gołym okiem znaki zdają się kierować uciekinierami zawsze
lewą stroną ścieżek wydeptanych przez diabły taśmackie - odwiecznych Panów
tych norweskich metropolii.
Już niedaleko...
Zbliżają się...
Zbliżają się też prześladowcy.
Słychać odgłosy strzałów...
/Gdzie? Cóż, skoro tak jest napisane/
Groch, śrut, kule... nawet wózek inwalidzki świszczą nad głowami zbiegów,
strącając bałwany śniegowe, owoce i inne części drzew nie nadające sie
do spożycia przed pierwszym stycznia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego
siódmego rozkroku.
/Ktoś ukryty między wierszami tego tekstu wkłada sobie palce stóp do
gardła i wydobywa z niego jeszcze niestrawione dźwięki/
Leciutki gwizd otwiera ślepia dziesiątkom wilków, grzejących swoje
brzuszki w śniegu.
Drugi - kieruje ledwie biegnącą Trójcę do stajenki z gratisową elektrycznością,
haj-fajem i barkiem na płozach.
/Czterołapne futrzane maszyny do zabijania kierują swoje paszcze w stronę,
skąd gonią goniący/
Słychać okrzyki przerażenia i bólu goniących oraz charkot i ujadanie
puszystych strażników.
/Wewnątrz 6-ciu ścian jest natomiast cicho i ciepło/
W stajence Trzy postacie uwalniają z dłoni swoją broń, stawiając ją
na stole.
/Miły uchu brzęk szkła powoduje niepowstrzymany ślinotok i napływ Mroku
do kroku. Szczęk, syk i gulgot przelewającego się złocistego płynu z pełnego
w próżne przydaje szyku panującej tu rodzinnej atmosferze/
Pusty żłób raduje ich serca.
/Stają w pentagramistym kręgu w rozkroku/
W mistycznym kręgu wznoszą do niebios swą pieśń: