Polował zwykle z koniem.
Znała go tamtejsza ludność dobrze.
Zawsze zostawiał kupę nie przykrytą papierkiem w kolorze flułorescencyjnym,
przez co gospodarz rano zawsze prać musiał swoje portki.
Zaczął późnym tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym, niosąc
mrok o zmroku bogobojnym ludziom miast i wsi szFeckiej Repliki lodoWej.
Unosząc się bezszelestnie na skrzydłach swej wyobraźni, budził bojaźń
i trwogę dziatek a ciekawość i lubieżność panien i chłopczyków. Spotkanych
pieszych powalał gradem zatęchłych słów w języku zrozumiałym tylko dla
ryb konserwowych oraz zbierał żniwo nieznajomości kalendarzyka płodności.
W roku dziewięćdziesiątym przebywał we fraNcy duchem i za posrednictwem
telewizji kiblowej, co przyniosło mu popularność wśród okolicznych notabli.
On jednak wciąż szukał drogi prowadzącej do przewiecznego ołtarza ukrytego
gdzieś w lodowatych skałach pobliskiego parku. Ta droga prowadziła przez
trzy tajemne cmentarze, gdzie należało znaleźć jakże ważne nagrobki:
Jeden - "De Grif Profesy" - demonstracyjnie chronił przed utratą dziewictwa
w siedemdziesięcioletnie panie w młodym wieku przedgrobowym.
Drugi - "Yntu Ynfinit Obskjurity" - postawiony na drodze do wszelkiej
uciechy cielesnej, jakiej można zaznać w stosunku oralnym z własnym cieniem.
I trzeci - "De Somberlejn" - dzieło wieńczące prace remontowe własnego
mózgu, udowadniające światu, że tylko pokora i wstrzemięźliwość prowadzi
do rozwiązłości, że ludzka wiara jest błędna, że człowiek jest wodą, często
śmierdzącą, że grzech to... i tak dalej, i tak dalej...
On je znalazł i wrócił!
W nowym wcieleniu, z mroczną świtą u boku i hasłami:
Dysekszyn - to dewaluacja wartości!
Dysekszyn - irrytacja większości!
Dysekszyn - to słowo bezboże!
Dysekszyn - to sztorm czarnych myśli!
Dysekszyn - to emancypacja doznań!
Dysekszyn - to czas zgonu wątpliwości!
Dysekszyn - to trupi jad dla duszy!
Dysekszyn - to integralne Ja Twojego Ty!
Dysekszyn - to obawa o przyszłość!
Dysekszyn - to narodowa tradycja!