Doszły mnie właśnie wicienie, że do naszej skrainy zbiliżają się jakoweś
potworne otwory, zabijające napotkanych wodowników, pasące się nad ich
ścierwami z lubością, rozrywając je na uprzednio przygotowane kanapki.
Będąc zgryzipiętem tego kościodołu zwanego przez naszych tylców - Wargrabą
- nakazałem wszystkim niegramotnym, sflaczałym wicielcom przygotować się
do zabobony naszej stolnicy.
Skazałem uroki rozczyniać i zagniatać bile chlebowe z musztardą i sztucznym
miodem marki "Miś".
Gotować węże w kieszeniach i gazy zaczadzające typu "Kapust.Kiszon.Gas".
I wtedy to po raz trzydzuiesty piąty doniesiono mi, że piątka szczerniałozębnych
rozpruwaczy wielkimi krokami zbliża się do opłatków naszej stolnicy.
Mój osobliwy nanożny kościofon z turbo przewijaniem rozdarł powietrze
obok, transmitując głos obcych z Puszczy Czarnowieskiej: RIIIIIIIIIIIPPING
KOOOOOOOOOOORPS!
Zdjęty twarogą, włożyłem zbroję (do szafy) i tak, jak mnie Pan złożył
stanąłem przed mym ludem.
"Drogi Zasmrodzie! Do Broni!!
Nie..., ale nie do Bronki z karczmy, nie... Do broni!!
Nie zrzucim kamieni, skąd nasz grób, a nic, co nasze wrogom oddamy
i będziem siebie niewiernie strzyc.
Ludu mój, ty zawsze przy mnie stój, rzuć się w bój, potwora czuj!"
"Szczuwaj!!" - odpowiedzieli.
Tak oto zgromiłem swój lud. Byli gotowi na wszystko... Tylko nie na
pięcionożnego smogotwora z planety Nowy Jersej.
Bo gdy tylko zza horegozontu wyłonił się Korpus de Likti Zgniłego Zachodu
z ogromnym proporcem, na którym krwią wydarto słowa: "Driming łif we Det"
niejednocześnie wybychły: panierka, żar i skafandal.
Zamknąłem oczy, drzwi, okna i konto w Kaganku Zdarstwa Narodowego.
Mniejszymi niż dotąd, ale nadal krokami zbliżało się przezmoczenie.
I dał się słyszeć głoś małego zdzieścięcia: RIIIIIIIIIIIIIPPPPPPPPPPPPIIIIIIIING
KOOOOOOOORRRRRRRRRRRPS!!
Trzy i pół chwili potem te glistodzioby kładły trupem, pokotem i kotem
much proletariuszy.
Słyszałem tylko zgrzyt otwieranej puszki, szum spływającej wody klozetowej
oraz komendy wydawane przez tamtych: "Słitnes", "Driming łif we Ded" i
"Anti Got".
Ci zajeźdźcy flądrowali, wałcili i rabinowali.
Ich kroki zbliżały się, czułem na sobie ich wydechy potwornie trujące.
Spojrzałem w górę - sufit.
W bok - mur, cóż... co mi władcy pozostało?
Zająłem się więc wierceniami w jednym z dwóch kanałów mego burczynosa.
Jednak nawet to pasjonujące zajęcie byłem zmuszony przerwać, gdy ociakając
towotem, benzyną ołowiową i krwinkami niebieskimi weszli ONI.
Zamiast oczu mieli ręce, zamiast rąk uszy, zamiast uszu buty, zamiast
butów pośladki, zamiast pośladków jelita, zamiast jelit mózg, a zamiast
mózgu cukrową watę.
Jak widać, wyglądali i piękniej i inteligentniej ode mnie.
Tak więc zanim pamięć mnie opuściała wraz z pstryczną sekretarką, a
ONI rozdarli mnie na pierwiastek z pięciu, wydarłem się: MOŻEEEE FAWOORRRKAAAA?!?